Tak, tak, tak, dużo zmian, bardzo dużo rewolucji. Jestem jak ci bohaterowie daily: albo „nie widzę już żadnego celu” „spróbuj przemocy – przemoc pomaga – przemoc i autodestrukcja” albo „więc co, nihilizm i hedonizm?” „tylko nihilizm – nie mam czasu na hedonizm”.
Sam nie wiem lepsze.
Dzień dobry. Wczorajszy dzień był bardzo miły. Znaczy się - popołudnie było bardzo miłe. Bo rano oczywiście w pracy. Ale jak już w domu - to rolady, ziemniaki i buraczki, a potem w końcu się wyspałem. A potem przyszła Miho z przepyszna tartą szpinakową. A potem oglądaliśmy genialne animacje rosyjskie, przede wszystkiem Norsteina.
A dziś dzień trudny! Moje pierwsze nagranie! Mój pierwszy program! Jestem zdenerwowany i podniecony!
Ach!
Tak jak mówiłem, tak i zrobiłem. Więc: to, o czym jeszcze niedawno rozmawiałem z Misem, tzw. potrzeba zmiany życia, się powoli realizuje. Jestem na okresie próbnym. W telewizorni. Wstaję o 7 rano, by wziąć prysznic, napić się herbaty, zapalic papierosa, zjeść coś. W pracy jestem po 9. W pracy siedzę przy komputerze i przy telefonie i czasem wychodzę do palarni na papierosa. Palarnia mieści się na schodach przeciwpożarowych. Robimy hardkorowy program. Jestem już specjalistą od chorób wenerycznych.
A jutro do Warszawy na tak zwaną delegację.
Pozdrawiam, dziękuję, do zobaczenia.
PS. Można oglądać. Tu się ogląda.
The Strokes psy!
Britney kurwa!
Bowie ponad wszystko!
No i z tej okazji obejrzeliśmy wczoraj. a przynajmniej próbowaliśmy obejrzeć Człowieka, który spadł na ziemię, a Andrzej Sosnowski rozpoczął swój wieczór autorski prelekcją o website
Bowiego.
Od środy wieczór mam na przemian stany lękowe, stany depresyjne, stany permanentnego wkurwienia, stany otępienia, stany euforyczne, stany maniakalne i jeszcze kilka stanów. Chodzące stany zjednoczone. Bowiem znów jestem w M., u rodziców, na święta, hura hura. Połamiemy się opłatkiem, zjemy sobie karpia, weźmiemy swoje prezenty, których tak naprawdę wcale nie chcieliśmy i będzie cacy. Prawda? A przy okazji obejrzymy sobie teatrzyk pt. „Synu, ja cię tak kochałam, dlaczego mi to zrobiłeś?”. I tak naprawdę nigdy nie będziemy wiedzieć, o co chodzi z owym „tym”. Cacy, cacy. No i tak. Siedzę i palę papierosy. Dużo, dużo, dużo papierosów. I wymieniam wiadomości z kontentem, co to pisze „że mnie oprowadzi” po nowej, branżowej knajpie. Świetnie.
A Sylwestra też nie lubię. Najchętniej bym umarł i zmartwychwstał dnia trzeciego po nowym roku. Tak właśnie. O la.
Siostra zasnęła w tak zwanym dużym pokoju na filmie dokumentalnym o Andy’m Warholu. Ja byłem bliski, oczy mi się kleiły i zamykały. Bo ja znów nie sypiam, bom jest w domu rodzinnym. Zresztą, co to za dom, mieszkanie, w bloku. Z okna widzę drugi blok. Kiedyś podglądałem sąsiadów, teraz już tak dobrze nie widzę. I znów straciłem smak. Nic mi nie smakuje. A głodny jestem. Ciągle. Jak moja siostra w ciąży. Nie, przecież ja nic nie insynuuję teraz.
A wczoraj postanowiliśmy z Misem zmienić swoje życie. (No dobra, przyznam się, jak pisałem zmienić to się pomyliłem. Napisałem zmiecić.) Więc zmienimy. Chcemy pracy w korporacji. Chcemy pracować ciągle. Od rana do nocy. Wracać do domu i iść spać, bo jutro trzeba wstać do pracy. I szaleństwo tylko w weekendy. Nawet wiersze jak Zagajewski postanowiłem pisać. A jak mnie korporacja wkurwi i zmęczy, to zawsze mogę o tym przeto napisać powieść i wydać w ha arcie. Co nie?
Weekend był dziwny, ostry, absurdalny. Zaczęło się w piątek, kiedy odkryliśmy, że w Lokatorze można kupić butelkę dobrego wina za 20 złotych. Więc butelek było kilka.
Tańczyłem z Asią. Asia jest pisarką powieści dla kobiet. Bardzo cudowna osoba.
A na drugi dzień wypiliśmy butelkę sztoka. Z herbatą.
A na trzeci dzień przyjechał Bartek z Gwen, ale Wojtek uciekł.
A czwartego dnia pojechaliśmy z Wojtkiem do Płatka. Na śniadanie. Wojtek potem zasłabł. Śliwowica jest zła.